2017, miesiąc po miesiącu

Kończy się rok, więc pora na podsumowania. Na początek przejście przez wszystkie ważne wydarzenia tego roku.

Styczeń

Już na samym początku najważniejszy moment tego roku – wzięliśmy z Kasią ślub!

Następnego dnia pojechaliśmy na podróż poślubną na Cypr. O Cyprze napisałem na blogu w dwóch postach – relacji z krótkiej wizyty w Tureckiej Republice Cypru Północnego i narzekaniu na jakość chodników w Larnace.

Byłem też na meczu cypryjskiej ekstraklasy, gdzie Nea Salamina Ammochstos (dawniej Famagusta) pokonała AEZ Zakakiou 2:0.

Może i trochę ponarzekałem, ale w sumie kiedyś bym wrócił. Cypr to był też dla mnie pierwszy kontakt z ruchem lewostronnym na drogach. Z perspektywy pieszego jest to lekko konfundujące.

22 godziny we Wrocławiu

22 godziny we Wrocławiu to o 18 godzin więcej, niż poprzednio, gdy tu byłem. Wtedy poleciałem ze znajomym samolotem do Wrocławia, przylot o 10, a już o czternastej mieliśmy pociąg powrotny z dworca głównego. I tym razem miałem trochę czasu na przechadzkę po centrum miasta.

Najpierw koło Arkad zajrzeliśmy na burgera. Stało tam auto Pasibusa, można było poczekać na leżaku i zjeść burgery. Polecam Gruchę – burger z chutney gruszkowym. Potem jeszcze do centrum handlowego Arkady (mają tam akwarium z rekinem!) na lody w miejscu, które wyglądało, jakbym się cofnął do wczesnych lat 90. Ale lody pyszne.

Jakby ktoś był zainteresowany – miejsce nazywa się Lody Barton i ma kilka różnych miejscówek na terenie Wrocławia. Były tam też lody bezlaktozowe.

Obok Capitolu stoi Pomnik Anonimowego Przechodnia. Pierwotnie skojarzyłem go z Holocaustem, ale jak się okazuje – chyba niesłusznie.

Idąc dalej w stronę Rynku, trafia się na dom towarowy Renoma, który powstał w 1930 roku. Obok domu towarowego jest przystanek komunikacji miejskiej, z którego da się dojechać między innymi na lotnisko.

Budynek w 2009 roku został odnowiony, co szczególnie widać z tyłu.

Ciekawe rozwiązanie na rogu Świdnickiej i Kazimierza Wielkiego – ludzie mają do wyboru przejście przez ulicę na pasach i przejściem podziemnym. Obie wersje były równie popularne. Pod koniec spaceru wróciłem tu do KFC, żeby przekąsić coś przed biegiem. W kolejce obok mnie stała pani Barbara Kwarc, która najwyraźniej została rozpoznana przez fanów – sądząc po koszulkach – sympatyków Śląska Wrocław i Narodowych Sił Zbrojnych z Kudowy. Nie wyglądała na zbyt zachwyconą z okrzyków „BAAAAAŚKAAAAAAA!”.

Kawałek Rynku i Świdnickiej został zajęty przez jarmark. Może na tym zdjęciu tego nie widać, ale po okolicy przechadzało się mnóstwo ludzi. Nie widuję zbyt często tylu w Gdańsku. Na pewno pomagała dobra pogoda, ale ewidentnie wydawało mi się, że Wrocław jest przyjaźniejszym miejscem na wieczorny spacer.

Na Rynku spotkać można było Smerfy na wieczorze panieńskim.

Byli też trenerzy psów, którzy pokazywali, jakich sztuczek ich nauczyli.

Przechadzając się, dziwiło mnie, ile osób jest w długich, zdobionych spódnicach. Na Placu Solnym okazało się, o co chodzi. Właśnie kończył się Festiwal Wozów Ratha Yatra. Na środku jeszcze siedziało w kole kilkanaście osób i śpiewało krysznowskie piosenki.

Na Ruskiej stoi klimatyczny zakład fryzjerski, z neonem i wszystkim.

Lokal na Placu Solnym, w którym poprzednim razem jadłem dosyć przeciętne ćevapci, zdążył już od tego czasu się zwinąć.

Miejsce zdecydowanie sugeruje, że mamy tu do czynienia z historią informatyki w Polsce i rzeczywiście – to jeden z regionalnych oddziałów Zakładów Elektronicznej Techniki Obliczeniowej. Zakład istnieje od 1964 roku. W budynku swego czasu działały komputery Odra, a obecnie mainframe od IBM. W trakcie pisania tego tekstu strona wrocławskiego ZETO ładowała się w takim tempie, jakby była obsługiwana przez Odrę.

Jednym z moich ulubionych miejsc we Wrocławiu jest ulica Wojciecha Bogusławskiego, gdzie pod wiaduktem kolejowym mieści się sporo lokali – każdy na wielkość przerwy pomiędzy jednym a drugim filarem wiaduktu. Można tu się i napić, i zjeść.

Zajrzeliśmy do „Pociągu”, gdzie sufit wyglądał tak.

Pod wiaduktem namalowano też mural upamiętniający teksty L.U.C.

Wrocław stał się jednym z moich ulubionych miast w Polsce. Chętnie wracałbym tu częściej, szkoda, że Ryanair już nie chce latać bezpośrednio pomiędzy tymi dwoma miastami.

WRO Runway Run

W poprzedni weekend pojechałem do Wrocławia, by tam wziąć udział we WRO Runway Run – nocnym biegu po pasie startowym lotniska. Same zapisy były dość zabawne – strona oczywiście nie wytrzymała zainteresowania, a w pewnym momencie informowała mnie, że zostało jeszcze -200 wolnych miejsc. Jakimś cudem udało się jednak zapisać, więc był dobry powód, by wyskoczyć na weekend do miasta, gdzie od niemal roku mnie nie było.

Około 22 na lotnisku już dość spory ruch. Ostatni wylatujący samolot już odleciał, ale port czekał jeszcze na kilka nocujących maszyn. Jak usłyszałem z rozmowy pracownika lotniska, który podjeżdżał do terminala, 10 minut po północy zamykano lotnisko. Jeśli jakiś samolot nie zdążyłby do tego czasu, byłby przekierowany do Katowic, Poznania albo Pragi.

Aby odebrać pakiet startowy, podchodziło się do stanowisk odprawy.

Po odprawie dostawało się też kartę pokładową, którą trzeba było mieć ze sobą razem z dowodem osobistym przez cały bieg. Rozwiązanie to nie było najwygodniejsze zwłaszcza dla osób, które nie miały przy sobie nerki, ale na szczęście w pakiecie startowym był też workoplecak, do którego takie rzeczy można było wrzucić.

Bieg był normalnie uwzględniony na tablicy odlotów jako rejsy WRO 5 (na 5 km) i WRO 10 (na 10 km).

Do kontroli bezpieczeństwa zostało jeszcze trochę czasu, więc przeszedłem się wokół terminalu. Okazało się, że z prawej strony jest osobna strefa VIP.

Przez kontrolę bezpieczeństwa nie przepuszczano bez ubranej niebieskiej biegowej koszulki, więc szybko w strefie odlotów zrobiło się niebiesko. Niestety, nie było żadnych szatni, więc przebierać się było trzeba w toaletach. Na środku terminala ustawiono scenę i telebim, na którym podczas biegu kibice mogli podglądać, jak idzie.

Zakres dozwolonych rzeczy był nawet mniejszy niż w przypadku lotu samolotem. Poza dowodem i kartą pokładową, można było mieć ze sobą jedynie małą elektronikę i ew. przekąskę w postaci stałej (np. baton energetyczny). Xiaomi Yi razem z uprzężą, dzięki której miałem go przyczepione na klatce piersiowej przeszedł, ale jak się okazało, nagrywanie nocnego biegu to nic ciekawego, chyba że ktoś bardzo lubi oglądać parę przesuwających się w górę i dół świetlnych kropek.

Zakaz wnoszenia płynów był jednak rozwiązany przez darmową wodę rozstawioną już po kontroli w jednym z lotniskowych barków.

Osoby w najgorszej konfiguracji od kontroli bezpieczeństwa do wylotu na płytę lotniska miały ponad 1,5 godziny, dlatego przy bramkach starano się na różne sposoby urozmaicić oczekiwanie. Czy to przez postawienie robota, który – czasem nieco przesadnie – starał się odtwarzać wyrazy twarzy patrzących:

Czy też przez bardzo krótki występ cheerleaderek (nagrałem połowę z niego):

W budynku byli też lokalni zawodnicy futbolu amerykańskiego.

Biegaczy było ponad tysiąc, nie dziwi więc, że praktycznie wszystkie bramki były okupowane przez ludzi ubranych na niebiesko.

Biegnący na 5 kilometrów wychodzili z bramki nr 1, a na 10 – z bramki nr 3.

Na płycie ustawiono scenę i nagłośnienie, z którego poprowadzono rozgrzewkę, potem zagrzewano do biegu. Zasięg głośników – jakieś kilkaset metrów.

Jeszcze parę krótkich przemówień i czas ruszyć do biegu.

I udało się dobiec! Zająłem 299 miejsce w kategorii Open 5 km na 383 biegnących z czasem 00:31:16. Jak na to, że w ramach przygotowań dokładnie raz poszedłem biegać, nie było źle.

Samo bieganie po pasie lotniska to ciekawe doświadczenie. Na samym końcu pasa zawracaliśmy wokół Airbusa A320 Wizz Airu, który został tam ustawiony. Było dosyć ciemno, dzięki czemu można było popatrzeć na Sky Tower na horyzoncie, z drugiej strony na zachodzący księżyc, a wszędzie wokół na mnóstwo gwiazd. Bardzo ciekawe przeżycie.