Jak w niemieckiej telewizji polskie memy i białe niedźwiedzie zobaczyłem

Gdy jestem w hotelu, zwykle częścią mojego porannego ogarniania się jest przeglądanie listy dostępnych kanałów. W hotelu Yup w Hasselt miałem spory wybór zagranicznych stacji – były zarówno liczne kanały francuskie, włoskie, brytyjskie, jak i niemieckie. Przeskakując pomiędzy kanałami, w pewnym momencie zobaczyłem napisy po polsku.

Jakbym skądś tego mema znał! W tym momencie narratorka reportażu tłumaczyła na niemiecki to, co było tam napisane. Po chwili pojawiło się kolejne ujęcie, tym razem widoczne dobrze były flagi KOD i unijne.

Po chwili (najwyraźniej) autorka reportażu pojwiła się na tle Warszawy. Tylko coś tu jakby nie gra…

Tak, dobrze widzicie, z tyłu przechadzają się… niedźwiedzie polarne. Zdążyły nawet co nieco ze sobą powalczyć 😉

Nie do końca słyszałem niestety, co pani mówiła. Podejrzewam, że coś w rodzaju, że niektórym Polska kojarzy się z niedźwiedziami polarnymi, ale rzeczywistość jest inna. Niemniej, ciekawy polski akcent 😉

Antypiesze miasto

Gdy zacząłem planować wyjazd na Cypr, z wielu źródeł dostałem sugestie, że warto na miejscu wypożyczyć samochód. Myślałem, że chodzi o to, żeby zobaczyć jak najwięcej i częściowo na pewno to było powodem, ale szybko przekonałem się, że nie tylko o to chodzi.

Poniedziałek, godzina 18. Wychodzę na dwukilometrowy spacer, którego celem jest położony w leżącej nieco na obrzeżach miasta dzielnicy stadion piłkarski. Google Maps (swoją drogą, świetna sprawa w warunkach bez internetu) pokazuje mi, że przynajmniej częściowo będę szedł w miarę głównymi ulicami.

Przynajmniej na pierwszym odcinku wygląda na nieco większą ulicę.

Ilu pieszych spotkałem po drodze?

Żadnego.

To był jeden z trudniejszych spacerów w moim życiu. Pierwszy dzień w kraju z ruchem lewostronnym oczywiście nie był czynnikiem, który ułatwiałby sprawę, ale były i inne problemy.

Okazało się, że na ruchliwej ulicy w 70-tysięcznym mieście chodnik jest opcjonalny. Dokładniej, kwestia ruchu pieszych jest prywatną – jeśli właściciel posesji widział taką potrzebę, to przed jego domem chodnik jest, a jeśli następny potrzeby nie widział, to chodnika już nie ma. Wiąże się to z interesującymi problemami dla próbującego przedrzeć się z punktu do punktu desperata.

Chodnik najczęściej jest na szerokość jednej dość chudej osoby, bo po co komukolwiek więcej?

Luksusowy chodnik w centrum miasta. Różnice wysokości są minimalne i w większości przypadków nie trzeba przechodzić na ulicę.

Jeśli jednemu właścicielowi pasowała jedna wysokość chodnika, a drugiemu pasowało 20 cm wyżej, to nie ma mowy o dogadaniu się. Będzie schodek, albo, w najlepszym przypadku, trochę betonu wylane na punkcie styku. Czasem właściciel nie chce, by ktoś obcy chodził po jego chodniku. Wtedy na trasie znajdzie się… murek.

Słup energetyczny? Żaden problem! Obstawimy go betonem tak, by wychodzący na ulicę mógł pozastanawiać się, czy coś jedzie z naprzeciwka!

Przejścia dla pieszych są domena tylko i wyłącznie największych dróg. Poza nimi – dwa pasy w każdą stronę? Wszyscy idą, więc ty nie dasz rady?

To może chociaż transportem publicznym gdzieś pojadę? Okej, na trasach międzymiastowych nie ma problemu. Częstotliwość jest, jaka jest, ale wiadomo, o której jedzie autobus i ile kosztuje przejazd.

A po mieście? Przystanek jest oznaczony, to już coś. I ile linii z niego jedzie! Tylko dokąd i kiedy?

Może dowiem się z tabliczki na autobusie?

Chyba jednak nie. Tak, ten pierwszy to (pod?)miejski autobus. Trzeba jednak przyznać, że na części tras jeździły nówki sztuki, które zdecydowanie bardziej przypominały autobus miejski.

Jak się dowiedziałem, rozkłady istnieją – w internecie. Były też linie, które miały wyświetlacz z informacją o końcowym przystanku, głównie te jadące na lotnisko. Nie to, żeby dało się w nocy wydostać z lotniska inaczej niż taksówką… Zupełnie nie dziwiło mnie, że większość miejskich autobusów, które widziałem po drodze, na pokładzie miała albo zero, albo jedną osobę. Też jak najszybciej organizowałbym sobie samochód.

27 minut w Angermünde

Pierwotnie myślałem, że na wizytę w Angermünde mam godzinę. Po dokładniejszym sprawdzeniu rozkładów okazało się jednak, że tak miało być w wersji, w której z Angermünde chciałem wracać do Polski. Przy chęci dalszej jazdy do Berlina z planowanych 60 minut zrobiło się 27, w ciągu których musiałem jeszcze kupić bilet na dalszą podróż. Czy przesiadka była więc warta zachodu?