Wolontariusz na parkrunie

Kilka razy brałem udział w parkrunach – inicjatywie, którą opisywałem już jakiś czas temu na blogu. W Norwegii jest to dla mnie trochę łatwiejsze – jeden z dwóch norweskich parkrunów mam w odległości 10 minut pieszo od domu, do tego ze względu na nieco późniejszy start dnia, zwłaszcza w okresie zimowym, parkrun zaczyna się tu o 9:30. Trasa parkrunu Tøyen jest nieco trudniejsza, niż obie gdańskie czy tczewska edycja – w tym parku są znacznie większe różnice wysokości. Szczególnie trudnym jest podbieg pod koniec okrążenia, nazywany przez załogę tutejszego parkrunu „motivation hill”.

Dzisiaj pierwszy raz uczestniczyłem w biegu w nieco innej roli – jako tail walker. Jest to jedna z form wolontariatu, którą można objąć w ramach wydarzenia. Bycie tail walkerem polega… na przejściu parkrunu jako ostatni uczestnik. Tail walker powinien mieć ze sobą telefon, by poinformować resztę wolontariuszy o ewentualnych wydarzeniach po drodze, pomaga w zebraniu oznakowania i spędza czas z uczestnikami, którzy tego dnia są na końcu stawki. Jest też ostatnim finiszującym dany parkrun – w danej edycji jest więc zarówno uczestnikiem, jak i wolontariuszem.

Przez pierwsze 2,5 kilometra szedłem spokojnie z uczestniczkami z Danii i Wielkiej Brytanii, które postanowiły przejść trasę. W połowie postanowiły, że na dziś już wystarczy, więc ja zacząłem podbiegać do kolejnych uczestników. Przebiegłem już całe okrążenie (przy okazji jakimś cudem w dżinsach i zwykłym obuwiu bijąc wg Stravy mój rekord życiowy na 400 metrów i ustanawiając drugi w życiu wynik na 1 km), a tu nadal nikogo! Dopiero na kilkaset metrów przed linią końcową zobaczyłem innych uczestników, do których obładowany oznaczeniami z trasy nie dałem już rady dobiec.

Ukończyłem ten parkrun na 101. miejscu z czasem 45 minut i 45 sekund. Może nie był to najlepszy bieg w moim życiu, ale przyjemnie jest pomóc w organizacji takiej inicjatywy.

Parkrun – z czym to się je?

Ostatnio zainteresowały mnie parkruny – biegi organizowane w parkach / lasach co sobotni poranek. Postanowiłem wybrać się na jeden z dwóch organizowanych w Gdańsku – w Parku Reagana.

O co chodzi w parkrunie?

Parkrun to cotygodniowy wspólny bieg na dystansie 5 kilometrów, który jest organizowany zawsze o tej samej porze i w tym samym miejscu. Udział może wziąć każdy, uczestnictwo nic nie kosztuje. Nie trzeba silić się na żadne konkretne tempo – chodzi o to, by się poruszać. A przy okazji są też statystyki.

Jak wziąć udział?

Poszukaj, czy jest jakiś parkrun w Twojej okolicy. W Gdańsku są dwa, jest też na przykład w takim Tczewie. A jeśli nie ma żadnego w pobliżu, to może chcesz zorganizować własny? Historia parkrunów w Polsce zaczęła się od biegacza, który wziął udział w takim w Wielkiej Brytanii i stwierdził, że w Gdyni też mogłoby coś takiego się odbyć. Za chwilę do zabawy dołączy 45. lokalizacja w Polsce.

Następnie zarejestruj się na parkrun.pl. Dostaniesz link do generacji kodu kreskowego, który musisz pokazać na mecie. Wydrukuj kod kreskowy (nie wolno pokazywać go na telefonie) i przyjdź z nim w sobotę rano na miejsce, gdzie odbywa się parkrun. Idealnie być tak na 15 minut przed czasem. Organizatorzy najprawdopodobniej na początku zapytają, kto jest pierwszy raz, by wyjaśnić zasady i opisać trasę.

Organizator z megafonem. Przede mną biegacz z Kalisza, który też brał udział po raz pierwszy. Pani z lewej też biegła, a pan z siatką kibicował i w połowie przybijał piątki biegnącym.

Dwóch biegaczy biegło z psami. Dużo osób przyjeżdża na start rowerami. Nordic walking czy przejście trasy bez biegania też dopuszczalne.

Jaka jest procedura?

Zdecydowanie bez zadęcia. Stajesz na miejscu startu – w przypadku Parku Reagana przy wejściu D do parku – na zakręcie ulicy Dąbrowszczaków.

Organizatorzy powiedzą parę słów, uczestnicy poklaszczą dla tych, którzy biegną pierwszy raz i jubileuszowo (część z biegaczy miała koszulki okolicznościowe, które otrzymali po przebiegnięciu 50, 100 czy 200 parkrunów), odliczanie do startu i start. Bez wielkich przemów, wymieniania sponsorów.

Gdy biegniesz pierwszy raz, najlepiej zobaczyć, którędy biegną inni. W przypadku Parku Reagana trasa nie była oznaczona, lecz uczestników było na tyle dużo, że łatwo było dojść do tego, którędy biec. Trasa liczyła dwa kółka, które prowadziły przez las, po ścieżkach, chodnikach i w pewnym momencie bardzo blisko morza. Zawodnikom przyglądał się Radosław Dudycz – mistrz Polski w maratonie sprzed 7 lat. Podobno czasami udziela porad niektórym uczestnikom odnośnie postawy.

Meta jest oznaczona flagami. Od wolontariuszy dostajesz token, z którym podchodzisz do punktu skanowania. Pokazujesz przy nim kod kreskowy i oddajesz token – jest wielorazowy.

Punkt skanowania i oddawania tokenów po lewej. Po prawej widać koszulkę okolicznościową dla uczestnika, który przebiegł już 50 parkrunów.

Co dalej?

Możesz iść do domu 🙂 Za jakiś czas (w przypadku Gdańska tym razem było to kilka godzin) przyjdzie mail z informacją o wyniku. Do życiówki zabrakło mi kilkunastu sekund.

Wyniki możesz też zobaczyć na stronie internetowej parkrunu – przykładowo rezultaty dla biegu, w którym wziąłem udział.

No i może wpadniesz znowu za tydzień? Albo pomożesz jako wolontariusz?