Na stadionie, gdzie właśnie gra Polska

Tak się składa, że w maju byłem na stadionie, na którym Polska właśnie prowadzi z Armenią. Mecz odbywa się w Erywaniu, mieście, z którego przy dobrej pogodzie bardzo łatwo zobaczyć górę Ararat.

Stadion Republikański, nazywany też Stadionem Vazgena Sargasyana mieści się na południowy wschód od centrum miasta, w odległości parunastu minut pieszo od Placu Republiki. Został zbudowany w latach 1933-1935 i posiada 14 403 miejsca siedzące. Po drodze na miejsce mija się całkiem spory bazar. W dniach meczowych na drodze prowadzącej na stadion ustawiają się sprzedawcy wody, słonecznika i innych przekąsek.

Ja wybrałem się tam na mecz finału Pucharu Armenii pomiędzy Pjunikiem Erywań a jedyną drużyną w ormiańskiej ekstraklasie, która wówczas grała poza stolicą: Shirakiem Giumri. Wstęp na mecz bezproblemowy – nie było żadnych biletów, a jako że byliśmy na miejscu na godzinę przed czasem, to nie było nawet jeszcze żadnej kontroli policji. Jedynie przy budce z napojami jeden z nich zaczepił nas z pytaniem, czy przyjechaliśmy na piłkę.

Piłka nożna jest podobno najpopularniejszym sportem w Armenii. Nie przekłada się to na stan lokalnych rozgrywek – w sezonie 16/17, w którym tam byliśmy, ekstraklasa liczyła sobie… 6 drużyn. Była też druga liga, w której na koniec sezonu zostało 7 zespołów – 6 drużyn rezerw i drużyna Erebuni, która… zajęła ostatnie miejsce i była jedyną uprawnioną do awansu. Zastanawiałem się, jak rozwiąże to federacja. Ostatecznie ustalono, że nikt nie spada, nikt nie awansuje, a w nowym sezonie w drugiej lidze gra już dziesięć zespołów, w tym drużyna FC Artsakh – nieoficjalna reprezentacja Górskiego Karabachu, nieuznawanego państwa na granicy Armenii i Azerbejdżanu, która jednak nie może grać u siebie, by federacja nie została zawieszona przez FIFA i UEFA, więc gra w Erywaniu.

Na meczu pojawiło się około 2 tysięcy osób. Na trybunie naprzeciwko ustawiły się nieco bardziej zorganizowane grupy fanów – z Giumri przyjechało kilkadziesiąt osób w pomarańczowych barwach i z bębnem. Kibiców Pjuniku było więcej i byli ubrani we w miarę jednolite, białe stroje. Gdy tylko rozpoczęli doping, od razu było wiadomo, że to muszą być przyprowadzeni specjalnie na mecz uczniowie jakiejś pobliskiej podstawówki. Fani obu drużyn odzywali się co jakiś czas, najczęściej bardzo prostymi okrzykami w rodzaju „Pjunik!” czy „Shirak!”, a gdy kibice Pjunika chcieli skrytykować Shirak, używali uniwersalnego „Buuu, Shirak!”.

Dość szybko zaczęły padać bramki i strzelali je goście – zupełnie, jak na trwającym właśnie meczu Armenia – Polska, gdzie po trzeciej bramce kibice zaczynają wychodzić ze stadionu. Tu bramka na 1:0 dla Shiraka.

Niewiele później było już 2:0.

Do końca pierwszej połowy wpadła też trzecia bramka – także dla Shiraka. Mniej więcej w okolicach drugiej bramki gdzieś na mojej trybunie dosyć głośno komentować wydarzenia zaczął jeden z oglądających. Nie minęło dziesięć minut, gdy został dosyć stanowczo poproszony przez jednego z bardzo licznych policjantów o to, by opuścił stadion. Kibic grzecznie zwinął manatki i sobie poszedł.

My byliśmy akurat po bezsennej nocy i w ciągu poprzedniej doby przemierzyliśmy parę ładnych tysięcy kilometrów, a następnego dnia szykowała się kolejna podróż, więc stwierdziliśmy, że mecz jest już rozstrzygnięty i można spokojnie wrócić do hostelu. Okazało się, że nic nie straciliśmy – w drugiej połowie nie padła już żadna bramka, a Shirak wygrał Puchar Armenii.

Na wpół martwy, a i tak sobie z nim nie radzicie!

Jak na zamówienie, w niedzielę rano wyszło słońce. Idealna pogoda na obejrzenie meczu Moreny o 11 rano.

Na słynną Las Arenę dotarłem na ostatnią chwilę. Za cztery minuty sędzia miał zagwizdać po raz pierwszy, gdy na parking przed boiskiem podjechał samochód, z którego w pośpiechu wysiadł zawodnik w czarnej koszulce.

O, dzisiaj grają w kolorach wyjazdowych, pomyślałem. Cały czas byłem pewien, że Morena gra dzisiaj z Sopocką Akademią Piłkarską, której zwycięstwo 9 do 4 ostatnio oglądałem w Tczewie w Pucharze Polski.

Na ścieżce, prowadzącej do lasu, stało ich około dziesięciu. Bluzy Lechii Gdańsk, piwa w ręku, sumaryczna długość włosów poniżej jednego centymetra. Czy przyjechali ze względu na artykuł na trojmiasto.pl, w którym wymieniono mecz Moreny jako jedno z kilkunastu sportowych wydarzeń tego weekendu w Trójmieście? Czy może ze względu na znane nazwiska w drużynie gości? Panowie ewidentnie chcieli spędzić przyjemny poranek. Jeden z nich komentował, że niedziela rano, więc nic dziwnego, że na boisku jest tylko ośmiu.

Ośmiu? Spojrzałem na piłkarzy gości i faktycznie – na Magellana przyjechało jedynie ośmiu zawodników. W tej sytuacji pośpiech ósmego z nich okazał się uzasadniony – bez niego goście przegraliby walkowerem. Jeden z zawodników spojrzał na wesołych kibiców, spojrzał na mnie i stwierdził pół żartem, że w sumie to są tu młodzi ludzie, więc może któryś by dołączył? Obyli się jednak bez tego.

Od jednego z widzów usłyszałem, że trenerem gości jest Tomasz Dawidowski, a kapitan grał kiedyś w Lechii. Zdziwiłem się, że w meczu w Tczewie nie zauważyłem Dawidowskiego, no i że na mecz w środku tygodnia do Tczewa przyjechało dosyć zawodników, by wyrobić limit zmian i jeszcze mieć rezerwowych, a tu ewidentnie jest problem ze znalezieniem składu.

Mecz rozpoczął się z parominutowym opóźnieniem – zdaniem sędziego głównego, który z pewnością był młodszy ode mnie i miałem wrażenie, że skądś go znam, jedna z bramek miała nieco zbyt luźno zaczepioną siatkę. Tym razem na Magellana pojawili się też sędziowie liniowi. Jeden z nich kilka razy podczas meczu prosił osoby związane z graczami Moreny, by wyszły z ławki rezerwowych, jeśli nie są w protokole meczowym.

Nie potrzeba było dużo czasu, by padł pierwszy gol. Piłkarze Moreny w końcu mieli trzech graczy przewagi, więc około piątej minuty strzelili bramkę. Samobójczą. Przypomniało mi się wtedy, jak jeden z piłkarzy Moreny razem z kibicami żartował, że ma już kupon w zakładach bukmacherskich na ten mecz i pierwszy wpadnie… samobój. Wykrakał.

Atmosfera zrobiła się nieco nerwowa. Gracie z trzema zawodnikami przewagi! To oni powinni biegać, nie wy! – krzyczał trener. Mimo tego, goście wydawali się po prostu lepsi. Na dodatek w dwudziestej minucie meczu dotarł dziewiąty zawodnik. Na przerwę piłkarze schodzili przy wyniku 0:2.

Na Magellana szatnie są w odległości kilkuset metrów od płyty boiska, dlatego ani piłkarze, ani sędziowie na przerwę do szatni nie schodzą. Sędziowie zgromadzili się w pobliżu linii środkowej i podszedł do nich jeden z oglądających. Zaczął przeprowadzać ich przez dobre i złe decyzje, jakie podjęli w trakcie pierwszej połowy. Okazało się, że na Las Arenie pojawił się też obserwator.

Pomocnik gości w przerwie meczu poprosił panią z opieki medycznej o masaż uda. Ewidentnie kuśtykał, ale nie było możliwości, by ktokolwiek go zmienił. W Morenie za to w przerwie zrobiono dwie zmiany, podyskutowano i druga połowa zaczęła wyglądać na bardziej wyrównaną.

Pomimo kuśtykania, zawodnik z numerem 2 nadal robił spore zamieszanie w szeregach Moreny. Dosyć rezolutny bramkarz gospodarzy, który kilkukrotnie ratował sytuację, krzyczał do swoich kolegów. Panowie, on jest na wpół martwy, a i tak sobie z nim nie radzicie!

W końcu Morena strzeliła bramkę. Po zadziwiająco składnej akcji, piłka wpadła do siatki niespotykanie dobrego jak na ten poziom rozgrywkowy bramkarza gości. W zawodników wstąpiły nowe siły, akcje wychodziły składniej, niż wcześniej, ale nadal było widać różnicę w umiejętnościach zawodników obu drużyn. Mecz zakończył się wynikiem 1:3.

Przez większość spotkania coś mi nie grało, ale dopiero w domu sprawdziłem, o co chodzi. Okazało się, że przeciwnikiem Moreny wcale nie była Sopocka Akademia Piłkarska, jak wgrałem sobie przed meczem, a Akademia Sportowa Pomorze. Pomyłka nie jest zaskakująca – oba kluby są w lidze nowe, oba mają Akademia w nazwie i w swoim pierwszym sezonie w najlepszej lidze świata radzą sobie bardzo dobrze.

AS Pomorze gra większość spotkań u siebie na jednym z bocznych boisk dawnego stadionu Lechii. Stąd tam Tomasz Dawidowski na ławce, grający w poprzednim meczu Marek Zieńczuk, czy, tym razem jako kapitan, mający za sobą 16 występów w pierwszym składzie Lechii 26-letni Maciej Kostrzewa. Nie dziwią więc wyniki i różnica poziomów, jaką oglądałem w niedzielę na Magellana.

Lifelog #5: Kopenhaga i 4 liga szwedzka

Końcówka wyjazdu do Kopenhagi i Malmö to spacer po samym centrum Kopenhagi (z małym zahaczeniem o Christianię, gdzie jednak jest zakaz fotografowania). Sama Christiania była jednym z ciekawszych punktów wyjazdu – pierwszy raz widziałem bazarek, na którym kompletnie publicznie stały stoiska z jointami – 50 koron duńskich za jednego. Było to też jedno z bardzo niewielu miejsc tego wyjazdu, gdzie nie można było płacić kartą. Po powrocie do Szwecji poszedłem na mecz czwartej ligi na stadionie, który gościł Mistrzostwa Świata w 1958 i Mistrzostwa Europy w 1992 roku. Mecz odbył się między drużynami IFK Malmö i Österlen FF – gospodarze wygrali 3-0.