Lifelog #7: 91 dni z życia z paździerzowym podkładem

Przez ostatnie trzy miesiące robiłem co najmniej jedno ruchome zdjęcie dziennie. Wybrałem po jednym zdjęciu z każdego dnia, dobrałem odpowiednio paździerzowy podkład i voila, moje ostatnie 3 miesiące na YouTube! Patrząc na nagrania, chyba źle ich nie spędziłem.

A podkład zupełnie nie kojarzy mi się z muzyką z Korei Północnej…

W nieukończonym najwyższym budynku północnej Polski

Jeszcze niedawno mój widok z biura wyglądał tak.

Dzisiaj do pewnego momentu droga wyglądała podobnie. Też wysiadałem na Tetmajera i szedłem do Olivia Business Centre.

Tym razem jednak do pracy przedostawałem się pod rusztowaniami.

Widok z okna też się nieco zmienił.

Ode mnie może i widok nie robi specjalnego wrażenia (choć jest skrawek morza, którego w najbliższym czasie mi nie zabiorą budową kolejnego budynku OBC), ale już w kuchni jest bardzo ładny punkt obserwacyjny, z którego widać nawet niektóre bloki Moreny. Szyby też zapewne niedługo umyją.

Spodziewałem się, że po Olivia Star nieco bardziej będzie widać, że część pięter jest jeszcze w czasie budowy. Poza tym, że większość wind jeszcze nie działa, a za oknem czasem można zobaczyć człowieka wspinającego się na dźwig, to to, że jakieś 100 metrów wyżej trwają prace nad budową ostatnich pięter budynku, jest praktycznie niezauważalne. Jeśli chcielibyście zobaczyć więcej z mojego biura, jest trochę zdjęć na fanpage Goyello i kolejne na pewno się jeszcze pojawią.

Na wpół martwy, a i tak sobie z nim nie radzicie!

Jak na zamówienie, w niedzielę rano wyszło słońce. Idealna pogoda na obejrzenie meczu Moreny o 11 rano.

Na słynną Las Arenę dotarłem na ostatnią chwilę. Za cztery minuty sędzia miał zagwizdać po raz pierwszy, gdy na parking przed boiskiem podjechał samochód, z którego w pośpiechu wysiadł zawodnik w czarnej koszulce.

O, dzisiaj grają w kolorach wyjazdowych, pomyślałem. Cały czas byłem pewien, że Morena gra dzisiaj z Sopocką Akademią Piłkarską, której zwycięstwo 9 do 4 ostatnio oglądałem w Tczewie w Pucharze Polski.

Na ścieżce, prowadzącej do lasu, stało ich około dziesięciu. Bluzy Lechii Gdańsk, piwa w ręku, sumaryczna długość włosów poniżej jednego centymetra. Czy przyjechali ze względu na artykuł na trojmiasto.pl, w którym wymieniono mecz Moreny jako jedno z kilkunastu sportowych wydarzeń tego weekendu w Trójmieście? Czy może ze względu na znane nazwiska w drużynie gości? Panowie ewidentnie chcieli spędzić przyjemny poranek. Jeden z nich komentował, że niedziela rano, więc nic dziwnego, że na boisku jest tylko ośmiu.

Ośmiu? Spojrzałem na piłkarzy gości i faktycznie – na Magellana przyjechało jedynie ośmiu zawodników. W tej sytuacji pośpiech ósmego z nich okazał się uzasadniony – bez niego goście przegraliby walkowerem. Jeden z zawodników spojrzał na wesołych kibiców, spojrzał na mnie i stwierdził pół żartem, że w sumie to są tu młodzi ludzie, więc może któryś by dołączył? Obyli się jednak bez tego.

Od jednego z widzów usłyszałem, że trenerem gości jest Tomasz Dawidowski, a kapitan grał kiedyś w Lechii. Zdziwiłem się, że w meczu w Tczewie nie zauważyłem Dawidowskiego, no i że na mecz w środku tygodnia do Tczewa przyjechało dosyć zawodników, by wyrobić limit zmian i jeszcze mieć rezerwowych, a tu ewidentnie jest problem ze znalezieniem składu.

Mecz rozpoczął się z parominutowym opóźnieniem – zdaniem sędziego głównego, który z pewnością był młodszy ode mnie i miałem wrażenie, że skądś go znam, jedna z bramek miała nieco zbyt luźno zaczepioną siatkę. Tym razem na Magellana pojawili się też sędziowie liniowi. Jeden z nich kilka razy podczas meczu prosił osoby związane z graczami Moreny, by wyszły z ławki rezerwowych, jeśli nie są w protokole meczowym.

Nie potrzeba było dużo czasu, by padł pierwszy gol. Piłkarze Moreny w końcu mieli trzech graczy przewagi, więc około piątej minuty strzelili bramkę. Samobójczą. Przypomniało mi się wtedy, jak jeden z piłkarzy Moreny razem z kibicami żartował, że ma już kupon w zakładach bukmacherskich na ten mecz i pierwszy wpadnie… samobój. Wykrakał.

Atmosfera zrobiła się nieco nerwowa. Gracie z trzema zawodnikami przewagi! To oni powinni biegać, nie wy! – krzyczał trener. Mimo tego, goście wydawali się po prostu lepsi. Na dodatek w dwudziestej minucie meczu dotarł dziewiąty zawodnik. Na przerwę piłkarze schodzili przy wyniku 0:2.

Na Magellana szatnie są w odległości kilkuset metrów od płyty boiska, dlatego ani piłkarze, ani sędziowie na przerwę do szatni nie schodzą. Sędziowie zgromadzili się w pobliżu linii środkowej i podszedł do nich jeden z oglądających. Zaczął przeprowadzać ich przez dobre i złe decyzje, jakie podjęli w trakcie pierwszej połowy. Okazało się, że na Las Arenie pojawił się też obserwator.

Pomocnik gości w przerwie meczu poprosił panią z opieki medycznej o masaż uda. Ewidentnie kuśtykał, ale nie było możliwości, by ktokolwiek go zmienił. W Morenie za to w przerwie zrobiono dwie zmiany, podyskutowano i druga połowa zaczęła wyglądać na bardziej wyrównaną.

Pomimo kuśtykania, zawodnik z numerem 2 nadal robił spore zamieszanie w szeregach Moreny. Dosyć rezolutny bramkarz gospodarzy, który kilkukrotnie ratował sytuację, krzyczał do swoich kolegów. Panowie, on jest na wpół martwy, a i tak sobie z nim nie radzicie!

W końcu Morena strzeliła bramkę. Po zadziwiająco składnej akcji, piłka wpadła do siatki niespotykanie dobrego jak na ten poziom rozgrywkowy bramkarza gości. W zawodników wstąpiły nowe siły, akcje wychodziły składniej, niż wcześniej, ale nadal było widać różnicę w umiejętnościach zawodników obu drużyn. Mecz zakończył się wynikiem 1:3.

Przez większość spotkania coś mi nie grało, ale dopiero w domu sprawdziłem, o co chodzi. Okazało się, że przeciwnikiem Moreny wcale nie była Sopocka Akademia Piłkarska, jak wgrałem sobie przed meczem, a Akademia Sportowa Pomorze. Pomyłka nie jest zaskakująca – oba kluby są w lidze nowe, oba mają Akademia w nazwie i w swoim pierwszym sezonie w najlepszej lidze świata radzą sobie bardzo dobrze.

AS Pomorze gra większość spotkań u siebie na jednym z bocznych boisk dawnego stadionu Lechii. Stąd tam Tomasz Dawidowski na ławce, grający w poprzednim meczu Marek Zieńczuk, czy, tym razem jako kapitan, mający za sobą 16 występów w pierwszym składzie Lechii 26-letni Maciej Kostrzewa. Nie dziwią więc wyniki i różnica poziomów, jaką oglądałem w niedzielę na Magellana.