Turysta we własnych miastach

Jest maj, nie ma już śniegu, a w Norwegii przez cały miesiąc trwał festiwal dni wolnych od pracy. Czwarty z nich, który mnie dotyczy właśnie powoli zbliża się do końca. Muszę przyznać, że całkiem przyjemnie wykorzystuję majowe dni wolne. Wystarczyło czasu, by na parę dni wpaść do Polski, a także całkiem sporo zobaczyć w Oslo.

W Gdańsku udało się więc zobaczyć Forum Gdańsk tuż przed swoim nieotwarciem. Nie wyglądało zbytnio na ukończone, i jak się okazało, faktycznie nie było.

Odkryłem, że Cafe Drukarnia na Mariackiej serwuje świetną kawę. Naprawdę, a przydarzyło mi się też być w kawiarni, która serwuje podobno najlepszą kawę na świecie w Oslo. Szczerze, nie wiem, która z nich smakowała mi bardziej.

Kręcąc się po Gdańsku, starałem się być wyczulony na detale. Parę ciekawych rzeczy zauważyłem.

Ile lat może mieć ten domofon?

Szczególnie uroczy wydał mi się ten zakątek. Niesamowite, że widziałem go po raz pierwszy, zważywszy na to, że mój obiad ślubny odbył się nie więcej niż dwieście metrów stąd.

Byłem też oczywiście w Tczewie. Spacer nad Wisłą przypomniał mi, jak tu ładnie i zielono.

16 maja, dzień przed głównym świętem narodowym Norwegów, nazywany jest narodowym świętem futbolu. Odbywa się wtedy kolejka norweskiej ekstraklasy. Stwierdziłem, że to dobry moment, by zajrzeć na bliskie mojemu miejscu zamieszkania Intility Arena i zobaczyłem tam mecz głównego klubu Oslo, Vålerengi, przeciwko rywalowi z przedmieść Oslo, Stabæk. W przerwie meczu na stadionie odbywał się quiz z wykorzystaniem platformy, którą pisze firma, dla której pracuję.

W pewnym momencie odśpiewano też piosenkę klubową, która opowiada głównie o tym, jak płonął kościół na Vålerendze. Melodia strasznie z czymś mi się kojarzy, ale nie potrafię skojarzyć, z czym. Jeśli ktoś wie, dajcie znać – wyślę pocztówkę z Oslo za naprowadzenie!

Dzisiaj z kolei stwierdziłem, że pobiegam i dotarłem pod pałac królewski.

Spod pałacu zajrzałem w okolice Aker Brygge i Tjuvholmen, gdzie przy kawie i churrosach obejrzałem, jak do portu w Oslo wpływa solidny statek wycieczkowy i posiedziałem trochę nad morzem.

Wiosną, gdy wszystko kwitnie, znacznie łatwiej jest cieszyć się wszystkim, co wokół. Zwłaszcza, że w Oslo ta wiosna jest naprawdę niesamowita – niemal cały czas piękne, słoneczne dni i pogoda, którą przedstawiano mi jako typowe norweskie lato. Znacznie więcej jest tu też gatunków ptaków, które chętnie wchodzą w interakcje.

Z innej strony spojrzałem też na Gdańsk, Gdynię (o którą też zahaczyłem) i Tczew. Może i nie jest tam aż tak cicho, różnorodnie i zielono, ale kurczę, na swój sposób też ładnie.

Russ buss, czyli jak w Norwegii kończy się liceum

W kwietniu i maju na norweskich ulicach spotkać można zadziwiająco dużo grupek nastolatków, noszących na sobie kolorowe kombinezony. Jest to jeden z kilku widocznych aspektów świętowania zakończenia liceum, nazywanego też russ.

#russefeiring ✨ {Russ 1/3}

Post udostępniony przez @ the.happy.dalek

Od około 20 kwietnia do 17 maja, czyli święta konstytucji, duża część licealistów ubiera kombinezony, które są udekorowane w różne naklejki i przypinki. Kilka dni temu w metrze widziałem na przykład dziewczynę, która miała na russ naklejki z Fridą, Hawkingiem, Einsteinem i papieżem Franciszkiem. Po lekcjach, korzystając z tego, że w większości dopiero co ukończyli 18 lat, imprezują. Przez cały miesiąc po lekcjach i w weekendy wsiadają w specjalnie udekorowane autobusy, niektóre z nich są też wykorzystywane jako miejsca do spania. Autobusy jeżdżą po mieście, a na pokładzie trwa impreza.

#russ2018 #illegaltdesign #catchmydrift #russetid #rulling

Post udostępniony przez t _ c a t h r i n e (@tc_sol)

W tym czasie odbywają się też zloty russ, w których potrafią uczestniczyć dziesiątki tysięcy licealistów. Odbywają się tam między innymi koncerty, ocenianie udekorowania czy wyposażenia autobusów w kilku różnych kategoriach, no i oczywiście pije się alkohol.

Uczestnicy russ noszą specjalne czapeczki, przygotowane na okazję. Do kaszkietów przyczepia się lub zawiązuje tak zwane russeknuter, czyli albo supły, albo przypinki nieco przypominające harcerskie sprawności, choć tematy tych sprawności są nieco inne. Przykłady, które znalazłem w internecie, niektóre z nich ładnie udokumentowane na instagramie:

  • Zrobienie sobie „rękawu” z tatuaży z gum do żucia
  • Przebywanie pod stołem w samej bieliźnie
  • Stanie na rondzie ze znakiem „1 zatrąbienie = 1 kolejka” i picie tych kolejek
  • Wypicie 24 piw w 24 godziny (lub 12, jeśli pijący jest płci męskiej)
  • Zrobienie zamówienia w McDrive jadąc wózkiem sklepowym
  • Dostać autograf na bieliźnie od 5 nauczycieli

Mniej więcej chyba rozumiecie, jakiego typu to sprawności 😉

Uczestnicy też tworzą sobie specjalne wizytówki, na których jest nazwa ich szkoły, kolor russ, zdjęcie i adekwatny cytat.

Når du får 186 RUSS ombord:) #RUSS2018 #russefeiring

Post udostępniony przez gudnyerla (@gudnyerlag)

Niemal miesięczna impreza z dużymi ilościami alkoholu oczywiście sprawia problemy. Czasem zdarzają się bijatyki, a choćby dziś w nocy twitterowy kanał policji w Oslo informował o wielu zgłoszeniach o hałasie i głośnej muzyce od russ w całym mieście.

Na sam koniec świętowania, 17 maja russ uczestniczą w paradach z okazji święta konstytucji, które jest też zarazem najważniejszym świętem w Norwegii. Po święcie czas na egzaminy końcowe i pójście na studia lub do pracy.

Norwegian russ 2006.05.17

Największa sztafeta w Norwegii – Holmenkollstafetten

Wziąłem wczoraj udział w jednym z największych wydarzeń sportowych w Norwegii – biegowej sztafecie Holmenkollstafetten. Udział wzięło 46 tysięcy osób! Wydarzenie to jest szczególnie popularne jako sposób na budowanie zespołu w firmach i organizacjach, które zgłaszają drużyny składające się z maksymalnie 15 uczestników, aby przebiec dystans 18 450 metrów. Moja firma wystawiła dwie drużyny, w których część osób robiła dwa odcinki. Trasa prowadzi przez zachodnią część miasta, wspinając się najpierw na Holmenkollen znane Polakom głównie ze skoczni narciarskiej, a następnie zbiegając na dół do miasta.

Drużyny startują w różnych godzinach od 14 do 17:20, więc przez kilka godzin przez miasto przechodzą grupki ludzi w jednakowych koszulkach.

Na mój punkt startowy dotarłem na pół godziny przed przewidywanym startem. Czekała tam dość spora grupka uczestników, a co chwilę ktoś przybiegał i przekazywał swoim współuczestnikom pałeczkę.

Kondycja fizyczna uczestników była bardzo różna – często są to osoby, dla których to jedyny raz, kiedy biegają w roku. Praktycznie każda organizacja robi sobie specjalne koszulki na to wydarzenie, na czym korzystają sprzedawcy koszulek biegowych w okolicy. Widziałem między innymi koszulki z logo takich firm czy organizacji jak Thales, Airbus, Eaton, marksistowskiej partii politycznej Rødt, gazety Aftenposten, grupy, która chciała zwrócić uwagę na cierpienia w Palestynie, firmy tworzącej staniki czy jednej z firm, które dostarczają jedzenie do mojego biura, Gastro Catering. W sztafecie bierze też udział sporo urzędów – właściwie każda organizacja, która była w stanie wystawić przynajmniej kilkunastu uczestników, wystawiła swoją drużynę. Wbrew temu, co pierwotnie pisałem na Instagramie czy Twitterze, drużyn, które ukończyły bieg było 2943. Nadal daje to bardzo przyzwoity wynik.

Mi przypadły dwa odcinki o łącznej długości 3,1 km, prowadzące głównie przez kampus uniwersytetu. Trasa była dosyć górzysta, choć nie był to najgorszy pod tym względem fragment trasy. Dzięki krótszemu dystansowi i poczuciu przez całą drogę, że za chwilę dogoni mnie kolega z drugiej drużyny z naszej firmy (dogonił – na 300 metrów przed finiszem) udało mi się wyciągnąć całkiem przyzwoite jak na mnie tempo 5:30 min / km.

Po finiszu udałem się na stację metra, by zjechać na linię mety i przywitać tam nasze drużyny. Do metra nie było łatwo się dostać.

Meta biegu była na stadionie Bislett – pierwsza jego wersja została otwarta w 1922 roku i odbywały się na nim między innymi igrzyska olimpijskie w 1952 roku. Stadion został zburzony w 2004 roku i w przeciągu roku zbudowany na nowo w tym samym miejscu.

Ostatni odcinek sztafety to pętla po bieżni wokół stadionu.

Co ciekawe, z tego co rozumiem, stadion Bislett jest przez większość czasu otwarty dla zwykłych ludzi do treningów ze wstępem za darmo. Muszę kiedyś to przetestować, tym bardziej, że wokół trybun prowadzi kilkusetmetrowa bieżnia pod dachem. Zdecydowanie też wpadłbym tu obejrzeć mecz piłkarski, ale stan murawy sugeruje, że może być z tym różnie.

Nasze drużyny ukończyły sztafetę w czasie odpowiednio 1:27:09 i 1:31:09, zajmując tym samym 2314 i 2633 miejsce. Nie do końca jednak chodziło o wynik, a bardziej o samo doświadczenie – w obu drużynach wystartowało sporo osób, które na co dzień nie biegają.