Lifelog #7: 91 dni z życia z paździerzowym podkładem

Przez ostatnie trzy miesiące robiłem co najmniej jedno ruchome zdjęcie dziennie. Wybrałem po jednym zdjęciu z każdego dnia, dobrałem odpowiednio paździerzowy podkład i voila, moje ostatnie 3 miesiące na YouTube! Patrząc na nagrania, chyba źle ich nie spędziłem.

A podkład zupełnie nie kojarzy mi się z muzyką z Korei Północnej…

O Górskim Karabachu

Już w Armenii można poczuć nieco inną atmosferę. Plakaty marki odzieżowej Defend Yerevan czy billboardy z żołnierzami czytającymi książki zwracają uwagę na to, że tutaj konflikt zbrojny cały czas jest w umysłach. Kampania promująca czytanie? Oczywiście, że z żołnierzami.

Armenia utrzymuje zamknięte granice z dwoma z czterech sąsiadów. Zarówno z Turcji, jak i z Azerbejdżanu do Armenii wjechać się nie da. To spora komplikacja zwłaszcza dla Azerów – na zachód od Armenii jest obwód nachiczewański, enklawa Azerbejdżanu pomiędzy Turcją, Armenią a Iranem. Do obwodu z Baku można dostać się tylko samolotem albo krętymi drogami przez Iran. Tutaj o otwarciu granic jednak nie może być mowy. Agencje prasowe Armenii i Azerbejdżanu co jakiś czas donoszą o ostrzałach drugiej strony w okolicach granicy. Najczęściej ma to miejsce w pobliżu tak zwanej linii kontaktu Górskiego Karabachu.

Czym jest Górski Karabach, albo Arcach / Artsakh, jak nazywają siebie? Najprościej powiedzieć, że jest to nieuznawane państwo, położone pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem. Według prawa międzynarodowego, tereny Górskiego Karabachu należą do Azerbejdżanu i są okupowane przez Ormian. Żaden kraj ONZ, łącznie z Armenią, nie uznaje niepodległości Górskiego Karabachu, choć w przypadku Armenii podejmowane są akcje mające na celu to w końcu zrobić.

Za czasów ZSRR Górski Karabach był autonomicznym obwodem otoczonym z każdej strony przez Azerbejdżańską Socjalistyczną Republikę Radziecką. Żeby było ciekawiej, również wewnątrz Karabachu były enklawy ASRR. W samym Karabachu obok siebie, czasem w tych samych miejscowościach, żyli obok siebie Azerowie i Ormianie.

Ethnic composition of the Nagorno-Karabakh Autonomous Oblast in 1989, Parishan, CC-BY-SA 3.0

Obie narodowości nie przepadały za sobą. Ormianie to jeden z najstarszych odłamów chrześcijaństwa, Azerowie to muzułmanie. W latach 1905 – 1907 na ulicach Baku, Nachiczewania, Shushy odbywały się starcia, których skutkiem były tysiące ofiar. Gdy w Rosji wybuchła rewolucja październikowa, na Kaukazie próbowano utworzyć Federację Transkaukaską, składającą się z obecnej Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Wytrzymała trochę ponad miesiąc. W latach 1918 – 1920 Armenia toczyła wojnę z Azerbejdżanem, głównie o Karabach i Nachiczewań. Wojna skończyła się zajęciem obu państw przez Związek Radziecki. Gdy ten zaczął się chybotać, w regionie znowu zrobiło się gorąco.

Zaczęło się od pokojowych protestów Ormian na ulicach Stepanakertu, stolicy Karabachu. Chcieli przekazania Karabachu pod kontrolę Armenii. 22 lutego 1988 roku w pobliskim Askeranie Azerowie zebrali się aby, jak donoszą niektóre źródła, uzyskać informację, czy plotki o zabójstwie Azera w Stepanakercie to prawda. Według innych źródeł, plotki dotyczyły zgwałcenia dwóch azerskich stażystek w szpitalu w Stepanakercie. Plotki zostały zdementowane, ale ludzie w to nie uwierzyli. Doszło do starcia z milicją, w którym zginęło dwóch Azerów. W odpowiedzi na informacje o tym zdarzeniu, w nadmorskim Sumgait doszło do pogromu Ormian. Według oficjalnych danych, zginęły 32 osoby. Kolejne 6 lat to najpierw małe potyczki i wypędzenia, a później już regularna wojna pomiędzy Ormianami i Azerami. Do ogłoszenia zawieszenia broni w 1994 roku zginęło kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, 2-3 tysięce cywilów, a ponad milion osób zostało przesiedlonych. Pod kontrolą Ormian znajdują się tereny większe, niż dawny sowiecki obwód autonomiczny, ale Azerów już tam nie ma. Niemal trzydziestotysięczne przed wojną miasto Agdam obecnie jest całkowicie opustoszałe. Osoby interesujące się piłką nożną mogą znać klub Qarabağ Agdam, który w ostatnich 4 sezonach wygrał ligę Azerbejdżanu. Gra tam obecnie Jakub Rzeźniczak. Drużyna ma obecnie swoją siedzibę w Baku, ale wywodzi się właśnie z Agdamu.

Pomimo całej tej historii i regularnie łamanego zawieszenia broni, wjazd do samego Karabachu nie jest niebezpieczny, jeżeli planuje się trzymać głównych miejscowości i nie zbliżać do linii kontaktu. Niewielu ludzi jednak tam dociera, z dwóch głównych powodów. Jeden to odległość – z Erywania konieczna jest sześciogodzinna jazda busem. Dochodzi też dosyć skomplikowana kwestia przynależności tych terytoriów. Wjeżdża się na teren, który według prawa międzynarodowego należy do Azerbejdżanu, więc tym samym łamie się prawo Azerbejdżanu. Najczęściej oznacza to, że bez wcześniejszych publicznych przeprosin Azerbejdżan nie wpuści takiej osoby, gdyby na przykład chciała pojechać do Baku. Istnieje nawet lista persona non grata wydana przez azerskie MSZ. Jest na niej 5 polskich nazwisk, ale dokument, który znalazłem, jest z 2014 roku. Nie trzeba jednak wcale jechać do Karabachu, by złamać azerskie prawo. Według prawa międzynarodowego, do Azerbejdżanu należy choćby wioska Karki, przez którą przejeżdża się jadąc najpopularniejszą trasą na południe Armenii. Absolutnie tego nie widać.

W następnym poście z tej tematyki wrażenia z Karabachu.

Boris Taxi

Z lotniska w Kutaisi do Tbilisi autobusem jedzie się cztery godziny. Pierwotnie planowałem w drodze spać, ale nie było na to absolutnie żadnych szans. Okazało się, że w Gruzji jeździ się nieco inaczej, niż jestem do tego przyzwyczajony. Wyprzedzanie na trzeciego na zakręcie nad przepaścią w nocy w deszczu? Proszę bardzo. W pewnym momencie, widząc, że nie udało nam się wyprzedzić ciężarówki i musieliśmy szybko schować się za nią, bo z naprzeciwka nadjeżdżała kolejna, na głos wyrwało mi się zjebałeś, Spock. Zwróciło to uwagę grupki nastolatków, która siedziała przed nami i razem z kierowcą śpiewała gruzińskie szlagiery.

  • First time in Georgia? Don’t worry, the driver made a cross sign before the way, so we’ll be safe.
  • Okay… – nie byłem najbardziej przekonany.

Do Tbilisi jakoś jednak udało się dojechać. Autobus miał kończyć bieg przy Placu Republiki, w samym centrum miasta. Z bliżej nieokreślonego powodu przed wjazdem do centrum zatrzymała nas policja, informując najwyraźniej kierowcę, że dalej wjechać się nie da. Dalej trzeba było iść piechotą. Ciemne, wąskie uliczki, na których chodnik był opcjonalny doprowadziły nas w końcu do naszego celu – całodobowego oddziału sieciówki z gruzińskim jedzeniem, Samikitno. Była 2:30 w nocy.