Daj Się Poznać 2017 – startuję

Daj Się Poznać to konkurs programistyczny, którego głównym celem jest rozwijanie swojego projektu Open Source przez co najmniej 10 tygodni – i blogowanie o tym. Organizatorem jest coraz bardziej znany w programistycznym światku Maciej Aniserowicz.

Chcę rozwijać mojego bloga też w kierunku technologicznym, więc udział będzie dla mnie dobrą motywacją – w ramach konkursu trzeba przygotować 2 posty tygodniowo. Zabawa zaczyna się od 1 marca – do końca lutego można też się zapisywać na stronie konkursu. Posty technologiczne związane z konkursem planuję pisać po angielsku.

Co będę robił? Szczerze mówiąc, jeszcze nie jestem pewien 😉 Wiem na pewno, że będzie to aplikacja webowa, z backendem na Spring Boocie. Jestem w trakcie przygotowań do javowych certyfikatów OCA i OCP, dlatego taki wybór wydaje się najsensowniejszy. Co do frontu, trochę kusi zapoznanie się lepiej z TypeScriptem i Angularem 2, ale tu jeszcze nie zdecydowałem. Pomysłów co do samej funkcjonalności aplikacji mam kilka.

Czy ktoś jeszcze planuje podjąć wyzwanie?

Samson – powieść osadzona w Tczewie!

Jak podaje na blogu autor, 20 lutego wychodzi nowa powieść Piotra Bolca – „Samson”. Z opisu książki na stronie wydawnictwa:

Pewnego dnia do Tczewa przyjeżdża samotny łowca – Alek Jakusz, prywatny detektyw z Gdańska. Zajmuje się porwaniem córki pewnego biznesmana. Miasto wita go brutalnie. Nikt go tu nie chce i wszyscy go się boją. A Jakusz ma plan – chce tu osiąść i znaleźć spokój. Aby to się mogło udać, musi najpierw zrobić porządek z działającym na terenie miasta gangiem. Zaczyna się bezlitosna walka na śmierć i życie.

Autor pochodzi z Tczewa, więc i osadzenie powieści w mieście zapowiada się autentycznie. Mam cichą nadzieję, że wyjdzie też ebook, bo noszenie 648 stron ze sobą nie należy do najprzyjemniejszych 😉 W momencie pisania tych słów, ani książki ani jej autora nie ma jeszcze na Goodreads, ale tym się pewnie za chwilę zajmę.

Antypiesze miasto

Gdy zacząłem planować wyjazd na Cypr, z wielu źródeł dostałem sugestie, że warto na miejscu wypożyczyć samochód. Myślałem, że chodzi o to, żeby zobaczyć jak najwięcej i częściowo na pewno to było powodem, ale szybko przekonałem się, że nie tylko o to chodzi.

Poniedziałek, godzina 18. Wychodzę na dwukilometrowy spacer, którego celem jest położony w leżącej nieco na obrzeżach miasta dzielnicy stadion piłkarski. Google Maps (swoją drogą, świetna sprawa w warunkach bez internetu) pokazuje mi, że przynajmniej częściowo będę szedł w miarę głównymi ulicami.

Przynajmniej na pierwszym odcinku wygląda na nieco większą ulicę.

Ilu pieszych spotkałem po drodze?

Żadnego.

To był jeden z trudniejszych spacerów w moim życiu. Pierwszy dzień w kraju z ruchem lewostronnym oczywiście nie był czynnikiem, który ułatwiałby sprawę, ale były i inne problemy.

Okazało się, że na ruchliwej ulicy w 70-tysięcznym mieście chodnik jest opcjonalny. Dokładniej, kwestia ruchu pieszych jest prywatną – jeśli właściciel posesji widział taką potrzebę, to przed jego domem chodnik jest, a jeśli następny potrzeby nie widział, to chodnika już nie ma. Wiąże się to z interesującymi problemami dla próbującego przedrzeć się z punktu do punktu desperata.

Chodnik najczęściej jest na szerokość jednej dość chudej osoby, bo po co komukolwiek więcej?

Luksusowy chodnik w centrum miasta. Różnice wysokości są minimalne i w większości przypadków nie trzeba przechodzić na ulicę.

Jeśli jednemu właścicielowi pasowała jedna wysokość chodnika, a drugiemu pasowało 20 cm wyżej, to nie ma mowy o dogadaniu się. Będzie schodek, albo, w najlepszym przypadku, trochę betonu wylane na punkcie styku. Czasem właściciel nie chce, by ktoś obcy chodził po jego chodniku. Wtedy na trasie znajdzie się… murek.

Słup energetyczny? Żaden problem! Obstawimy go betonem tak, by wychodzący na ulicę mógł pozastanawiać się, czy coś jedzie z naprzeciwka!

Przejścia dla pieszych są domena tylko i wyłącznie największych dróg. Poza nimi – dwa pasy w każdą stronę? Wszyscy idą, więc ty nie dasz rady?

To może chociaż transportem publicznym gdzieś pojadę? Okej, na trasach międzymiastowych nie ma problemu. Częstotliwość jest, jaka jest, ale wiadomo, o której jedzie autobus i ile kosztuje przejazd.

A po mieście? Przystanek jest oznaczony, to już coś. I ile linii z niego jedzie! Tylko dokąd i kiedy?

Może dowiem się z tabliczki na autobusie?

Chyba jednak nie. Tak, ten pierwszy to (pod?)miejski autobus. Trzeba jednak przyznać, że na części tras jeździły nówki sztuki, które zdecydowanie bardziej przypominały autobus miejski.

Jak się dowiedziałem, rozkłady istnieją – w internecie. Były też linie, które miały wyświetlacz z informacją o końcowym przystanku, głównie te jadące na lotnisko. Nie to, żeby dało się w nocy wydostać z lotniska inaczej niż taksówką… Zupełnie nie dziwiło mnie, że większość miejskich autobusów, które widziałem po drodze, na pokładzie miała albo zero, albo jedną osobę. Też jak najszybciej organizowałbym sobie samochód.